Aktualności

Przeczytaj przedpremierowo fragment książki
27.08.2020

Przeczytaj przedpremierowo fragment książki "Na zawsze, ale z przerwą"

Przeczytaj przedpremierowo fragment debiutanckiej powieści Taylor Jenkins Reid! Tym razem autorka nie przenosi nas do świata wielkich gwiazd, a opowiada kameralną historię o młodzieńczej miłości, która splata się ze stratą.

STYCZEŃ

Wchodząc do Georgie’s Pizza, nic nie czułam. Żadna część mojego mózgu ani ciała nie wiedziała, co tam się stanie. Nie miałam żadnych przeczuć. Włożyłam żółte kalosze i coś, co można opisać jako za duże dżinsy. Deszcz przykleił mi włosy do twarzy, bo w końcu przestałam je odgarniać do tyłu.

Nawet  nie  zauważyłam  siedzącego  tam  Bena.  Byłam  tak  zaabsorbowana próbą kupna pizzy. Gdy kasjerka powiedziała mi,  że  muszę  poczekać  jeszcze  dziesięć  minut,  usiadłam  na  małej ławce przed lokalem i dopiero wtedy dostrzegłam jeszcze jedną osobę w tej samej sytuacji.

Moje serce ani drgnęło. Nie miałam pojęcia, że to jest „to”; że to „on”. Że to mężczyzna, o którym marzyłam, będąc dzieckiem, kiedy zastanawiałam się, jak będzie wyglądał mój mąż. Patrzyłam na twarz, o której myślałam przez całe życie, miałam  ją  na  wyciągniecie  ręki  –  i  jej  nie  rozpoznałam.  Jedyne,  nad czym się zastanawiałam, to to, że pewnie dostanie swoją pizzę przede mną.

Był przystojny w sposób, który sugerował, że prawdopodobnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie wysilał się, nie przejmo-wał się swoim wyglądem. Był wysoki i szczupły, miał szerokie ramiona  i  silne  ręce.  Jego  dżinsy  miały  ten  właściwy  odcień  błękitu, a koszula podkreślała szare refleksy w jego zielonych oczach.  Brązowa  czupryna  wieńczyła  obraz.  Usiadłam  obok  niego i ponownie odgarnęłam włosy z czoła. Wyjęłam telefon, żeby sprawdzić maila i zająć się czymś w czasie oczekiwania.

–   Cześć – powiedział. Całą sekundę zajęło mi zorientowanie się, że mówi do mnie. Poczułam się zaintrygowana.

–  Cześć  –  odpowiedziałam.  Wolałabym  na  tym  zakończyć, ale nigdy nie radziłam sobie z ciszą. Musiałam ją czymś wypełnić. – Trzeba było jednak poczekać na dostawę.

–  I  stracić  tyle  atrakcji?  –  zapytał,  wskazując  kiczowate  dekoracje udające styl włoski.

Roześmiałam się.

–   Ładnie się śmiejesz – stwierdził.

–  Oj,  przestań  –  odparłam.  Przysięgam,  że  matka  uczyła  mnie,  jak  przyjmować  komplementy,  ale  ilekroć  usłyszałam  coś miłego pod swoim adresem, broniłam się przed tym jak przed ogniem. – To znaczy dziękuję. Tak powinnam powiedzieć. Dziękuję.

Zauważyłam,  że  nieświadomie  przesunęłam  się  w  jego  stronę. Czytałam mnóstwo artykułów na temat mowy ciała i źrenic rozszerzających się, kiedy ludzie na siebie lecą, ale gdy  znajdowałam  się  w  sytuacji,  gdy  ta  wiedza  mogłaby  mi  się  naprawdę  przydać  (Czy  ma  powiększone  źrenice?  Czy  mu  się  podobam?),  byłam  zbyt  roztargniona,  by  to  wykorzystać.

–  Nie,  powinnaś  raczej  odpłacić  mi  komplementem  –  powiedział z uśmiechem. – Żebym wiedział, na czym stoję.

–  Aha – odezwałam się. – Cóż, niewiele się dowiesz, jeśli teraz  usłyszysz  ode  mnie  jakiś  komplement,  prawda?  I  tak  będziesz wiedział, że mówię go tylko dlatego, że poprosiłeś…

–  Uwierz mi, rozpoznam.

–   Dobrze – odparłam i zmierzyłam go z góry na dół. Gapi-łam się na niego, podczas gdy on wyprostował nogi i uniósł głowę. Ściągnął ramiona i wypiął pierś. Zwróciłam uwagę na zarost na jego policzkach i na to, że był przystojny w taki naturalny,  niewymuszony  sposób.  Mój  wzrok  padł  na  jego  ręce.  Chciałam powiedzieć: „Masz ładne dłonie”, ale nie zdobyłam się na to. Rozegrałam to bezpiecznie.

–  No i? – spytał.

–  Podoba  mi  się  twoja  koszula  –  odpowiedziałam.  Miała  wrzosowo-szary odcień i rysunek ptaka.
–  Uuu – powiedział szczerze rozczarowany. – Rozumiem.
–  O co chodzi? – Uśmiechnęłam się. – To niezły komplement – broniłam się.
Roześmiał się. Nie był ani nadmiernie mną zainteresowany, ani zdesperowany. Nie był też powściągliwy ani chłodny, po prostu… Był, jaki był. Nie wiem, czy zawsze się tak zachowywał przy kobietach, czy potrafił rozmawiać z nimi, jakby znał je od lat, czy tylko ze mną był tak swobodny. Ale to nie miało żadnego znaczenia. To działało.
–  No dobrze. Wobec tego nawet nie będę próbował prosić cię  o  numer  telefonu  –  stwierdził.  –  Jeśli  dziewczyna  chwali  twoje oczy, włosy, zarost, ręce, imię, oznacza to, że jest chętna na kolejne spotkanie. Dziewczyna komplementująca koszulę? Dostajesz kosza.
–   Czekaj, przecież nie… – zaczęłam, ale ktoś mi przerwał.
–   Ben Ross! – krzyknęła kasjerka, a on podskoczył. Spojrzał na mnie.
–   Pamiętaj, co chcesz powiedzieć.Zapłacił  za  swoją  pizzę,  szczerze  podziękował  kasjerce,  wyszedł i usiadł obok mnie na ławeczce.–   Poza tym myślę sobie, że gdybym chciał się z tobą umówić, tobyś odmówiła. Odmówisz?
Nie,  nie  miałam  najmniejszego  zamiaru.  Ale  zawstydziłam  się  i  starałam  się  z  całych  sił  nie  okazywać,  jak  mi  na  tym  zależy.  Uśmiechnęłam  się  szeroko,  nie  będąc  w  stanie  powstrzymać entuzjazmu.
–   Wystygnie ci pizza – powiedziałam.
Machnął ręką.
–   Jestem ponad to. Powiedz wprost. Dostanę twój numer?No proszę. Decydujący moment. Jak nie wykrzyczeć go na cały głos, kiedy dłużej nie jestem w stanie utrzymać skumulowanej energii?
–   Możesz dostać. Nie ma sprawy.
–  Elsie Porter! – wrzasnęła kasjerka. Chyba musiała wołać mnie już kilka razy, ale Ben i ja byliśmy zbyt pochłonięci sobą, by ją usłyszeć.
–  O, przepraszam, to ja. Poczekasz? Roześmiał się, a ja poszłam zapłacić za pizzę. Kiedy wróciłam, czekał już z telefonem w ręce. Podałam mu swój numer i zapisałam sobie jego.
–   Niedługo zadzwonię, jeśli nie masz nic przeciw. A może powinienem  odczekać  trzy  dni?  Czy  to  bardziej  w  twoim  stylu?
–  Nie,  możesz  dzwonić  –  odparłam  z  uśmiechem.  –  Im  szybciej, tym lepiej.
Wyciągnął do mnie rękę. Uścisnęłam ją.
– Ben.
–  Elsie – powiedziałam po raz pierwszy i pomyślałam, że imię  Bena  brzmi  najpiękniej  na  świecie.  Znów  się  do  niego  uśmiechnęłam. Nie byłam w stanie się powstrzymać. Odpowiedział tym samym i zastukał w pudełko od pizzy.
–   To do usłyszenia.
–   Do usłyszenia. – Potaknęłam i wróciłam do auta.
Czułam motylki w brzuchu.
CZERWIEC
Zdejmuję z lodówki magnes z reklamą pizzerii i próbuję przełamać go na pół, ale nie jestem w stanie tego zrobić. Tylko się wygina i rozciąga. Uświadamiam sobie, że cały mój wysiłek idzie  na  marne,  bo  zniszczenie  magnesu  nie  może  ulżyć  mi  w bólu. Przylepiam go z powrotem na drzwi lodówki i wybieram numer Susan. Odbiera po drugim sygnale.
–   Susan? Cześć. Tu Elsie.
–  Cześć.  Możemy  się  spotkać  po  południu,  żeby  ustalić  pewne rzeczy?
–   Jakie rzeczy? – Nie zastanawiałam się wcześniej, o czym chce rozmawiać Susan. W ogóle nie pomyślałam o jakichkolwiek ustaleniach. Teraz uświadamiam sobie, że rzeczywiście należy podjąć pewne decyzje. Należy jakoś zaplanować żałobę. Nawet  nie  da  się  jej  odbyć  w  spokoju.  Trzeba  zastosować  się  do amerykańskich zwyczajów i oczekiwań. Kolejne dni będą pełne  nekrologów  i  mów  pogrzebowych.  Trumien  i  cateringów. Jestem zszokowana, że w ogóle bierze mnie pod uwagę w organizacji tego wszystkiego.
–  Jasne. Oczywiście – mówię, próbując nadać mojemu gło-sowi nieco energii.
– Gdzie się chcesz spotkać?
–  Zatrzymałam  się  w  Beverly  Hotel  –  mówi  i  wyjaśnia,  gdzie to jest, jakbym była nowa w Los Angeles.