Aktualności

Najbardziej widowiskowy kryminał roku! Przeczytaj wywiad z Przemysławem Borkowskim
10.09.2019

Najbardziej widowiskowy kryminał roku! Przeczytaj wywiad z Przemysławem Borkowskim

O przyjaźni z bohaterem swoich książek, stresie, który pojawia się w dniu premiery, oraz dwóch panach na „B” opowiada skazany na pisanie kryminałów Przemysław Borkowski, autor serii z psychologiem Zygmuntem Rozłuckim.

 

Widowisko to trzeci tom serii o Zygmuncie Rozłuckim – tym razem wszystkie tropy zaprowadzą go do olsztyńskiego teatru. Wprowadzenie zbrodni do świata sztuki to motyw niezwykle wdzięczny, zwłaszcza, jeśli robi to pisarz i aktor w jednej osobie… Czy obycie sceniczne pomogło w pisaniu tej części?

Pomogło mi niewątpliwie to, że najzwyczajniej w świecie bywam dość często w wielu teatrach i znam je nie tylko od strony widowni, lecz także od strony kulis czy sceny; wiem więc, jak to wszystko wygląda od środka i jak działa. Znam też wielu aktorów, nie tylko takich jak ja – es­tradowych, lecz również tych prawdziwych, występujących na deskach prawdziwej sceny. Wiele rzeczy opisanych w tej książce – zwłaszcza dotyczących wewnętrznych stosunków panujących w teatrze – wzięło się wprost z ich opowieści. Jest więc w tej książce sporo autentycznych wydarzeń, jest kilka rozmów, które naprawdę się odbyły, wiele postaci ma też swoje prawdziwe odpowiedniki, choć muszę zaznaczyć, że do­tyczy to bardziej teatrów warszawskich niż opisanego w książce Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie.

Czy można powiedzieć, że zaprzyjaźnił się już Pan z Rozłuckim?

Zaprzyjaźnieni byliśmy od początku, od pierwszej książki, tym bardziej że, jak to zwykle u pisarzy bywa, Rozłucki jest jakimś rodzajem mojego alter ego i ma wiele moich cech, choć mam nadzieję, że mimo wszystko mocno wyolbrzymionych. Ten związek wyszedł już chyba jednak z fazy pierwotnego zauroczenia i, co za tym idzie, zaczynam coraz bardziej dostrzegać wady mojego bohatera, które trochę, przyznam, mnie de­nerwują. Z drugiej jednak strony lubię gościa i chciałbym na przykład ułożyć mu jakoś życie. Żeby już tak się nie pałętał samotnie po świecie. Jak na razie jednak nie za bardzo mi to wychodzi…

Czego może spodziewać się czytelnik sięgający po Widowisko?

 

Może się spodziewać kilku spektakularnych i naprawdę widowiskowych morderstw. Akcja Widowiska toczy się w trakcie festiwalu teatralnego; po mieście przetaczają się parady uliczne, chodzą połykacze ognia, odbywają się widowiska plenerowe. W takiej to scenerii pojawia się tajemniczy morderca, który – najwyraźniej zafascynowany teatrem – inscenizuje swoje zbrodnie niczym małe przedstawienia. Mimo iż zwią­zany jest zapewne w jakiś sposób z miejscowym teatrem, nie waha się również wykorzystywać jako scenografii charakterystycznych elementów krajobrazu – na przykład wysokich, ceglanych wiaduktów kolejowych górujących nad Starym Miastem w Olsztynie.

Co jest dla Pana większym wyzwaniem – stworzenie scenariusza występu kabaretowego czy szkieletu powieści kryminalnej? Czy go­dzenie tych ról jest czymś ciężkim?

Scenariuszy występów kabaretowych raczej nie tworzę, zostawiam to innym, bardziej uzdolnio­nym pod tym względem kolegom, więc nie mam specjalnego porównania, ale mogę powiedzieć, że występowanie w kabarecie wyjątkowo dobrze współgra z karierą pisarską, przede wszystkim dlatego, że zostawia dużo wolnego czasu. Wystę­pujemy zazwyczaj w weekendy, dni powszednie mogę więc poświęcić na pisanie. Nie mógłbym tego robić, gdybym pracował w jakiejś korporacji i chodził codziennie do pracy na dziewiątą. Praca w kabarecie daje mi też okazję do spotykania wielu ciekawych ludzi i wysłuchiwania (lub podsłu­chiwania) ich historii, co jest świetnym źródłem inspiracji. Takie to właśnie podsłuchane w czasie kabaretowych występów historie teatralne wy­korzystałem, między innymi pisząc Widowisko. Mogę więc powiedzieć z czystym sumieniem, że bardzo lekko godzi mi się te dwie moje życiowe role.

Czy świętuje Pan dzień premiery książki? Czy towarzyszy Panu stres i obawa, jak zostanie odebrana przez czytelników?

Najprzyjemniejszym momentem nie jest dla mnie sama data premiery, ale dzień, w którym paczka z wydrukowanymi już książkami przychodzi do mojego domu, co zazwyczaj odbywa się parę dni wcześniej. To jest prawdziwe święto i największa satysfakcja, gdy można wreszcie wziąć do ręki owoc swojej rocznej pracy, poczuć zapach świeżo zadrukowanych stron i pomyśleć: „kurczę, to się naprawdę stało, udało się…”. Bo do tej pory książka w zasadzie nie istnieje, egzystuje tylko gdzieś w pamięci komputerów; gdyby nastąpiła jakaś wielka wszechświatowa awaria albo gdyby w Ziemię uderzył wielki impuls elektromagnetyczny kasujący wszystkie elektroniczne zapisy, nie zostałby po niej żaden ślad. Teraz zaś już wreszcie jest, istnieje naprawdę, narodziła się i to zawsze jest wzruszający moment. A potem oczywiście stresuję się, jak zostanie przyjęta; czytam wszelkie recenzje; kompulsywnie sprawdzam, jak jest oceniana przez czytelników na lubimyczytać.pl. Normalna sprawa.

WidowiskoPytanie dość banalne, ale jednocześnie zdradzające wiele – czy jest pisarz, który jest dla Pana autorytetem, a nawet wzorem do naśla­dowania? A może jest też autor, z którym w sposób szczególny się Pan utożsamia? Czy jest wśród nich twórca powieści kryminalnych?

Zawsze lubiłem bardzo dwóch panów na „B”: Borgesa i Bułhakowa. Obaj mało mają wspólnego z powieścią kryminalną, choć Mistrz i Małgorzata to w zasadzie powieść sensacyjna. Z pisarzy kryminalnych najbardziej lubię chyba Jo Nesbø, choć muszę przyznać, że w pewnym momencie trochę mi się znudził i jego ostatnich powieści już nie czytałem. Moim nie­zrealizowanym marzeniem jest napisanie powieści historycznej. Najlepiej czegoś pomiędzy Białą gwardią Bułhakowa a Iliadą Homera. Z elementami borgesowskimi oczywiście. Wątek kryminalny na pewno również by się tam znalazł, bo, jak to so­bie jakiś czas temu uświadomiłem, był on obecny w mojej twórczości od zawsze, nawet wtedy, gdy nie myślałem jeszcze w ogóle o pisaniu kryminałów. To może niezbyt dobrze świadczy o moim zdrowiu psychicznym, ale nawet w moich młodzieńczych, miłosnych wierszach zawsze ktoś ginął. Można więc chyba powiedzieć, że byłem od dziecka (no, prawie) skazany na pisanie kryminałów.

Agatha Christie twierdziła, że najciekawsze pomysły na powieści kryminalne przychodziły jej do głowy podczas zmywania. Czy w Pana życiu są również takie zajęcia, które uruchamiają proces twórczy?

Tak, zdecydowanie. Najciekawsze pomysły przychodzą mi pod prysz­nicem i to najlepiej takim, którego nie bierze się wieczorem, ale tak w okolicach południa. W ogóle wszelkie mechaniczne, powtarzalne i schematyczne czynności fizyczne bardzo sprzyjają uruchamianiu wyobraźni. Prysznic jest pod tym względem idealny, bo jednocześnie odpręża i pobudza. No i wykonuje się go nie myśląc, bo wszystkie ruchy, jakie wtedy wykonujemy, już od dawna tworzą automatyczną, niezmienną sekwencję. W takich warunkach fale mózgowe wprost szaleją…

Czy czyta Pan swoje książki już wydrukowane?

Tak, chociaż nie od razu. Zazwyczaj po wszelkich tych redakcjach i korektach, podczas których autor zmuszony jest czytać swoją książ­kę wiele razy, mam wobec niej ambiwalentne uczucia. Poza tym myślę już wtedy o następnej książce i to ona zaprząta całkowicie mój umysł. Nadchodzi jednak w końcu taki dzień, kiedy biorę ją do ręki i zaczynam czytać. I stwierdzam wtedy z pewnym zdziwieniem, że… nie jest wcale taka zła! Mam nadzieję, że moi czytelnicy pomyślą tak już podczas pierwszego czytania.

Rozmawiała Greta Kaczmarek