Aktualności

„Blizna” Przemysława Żarskiego – przeczytaj przedpremierowy fragment
24.08.2020

„Blizna” Przemysława Żarskiego – przeczytaj przedpremierowy fragment

Premiera „Blizny”, drugiego tomu z serii o komisarzu Robercie Krefcie, zbliża się wielkimi krokami. Już 2 września wszyscy czytelnicy w Polsce będą mieli okazję sięgnąć po kontynuację bestsellerowego „Śladu” Przemysława Żarskiego. Dla wszystkich czekających niecierpliwie na przesyłkę już dziś mamy fragment powieści do przeczytania i przekonania się, że na ten kryminał czekacie bardziej, niż sami przypuszczacie.

Blizna Przemysław Żarski

PROLOG

Samochód tkwił w ciasnej bliźnie między drogą a krawędzią lasu, ukryty w mroku przed wścibskim wzrokiem gapiów. Noc zaciągnęła szczelnie zasłony i uparcie strzegła swoich tajemnic. Niebo w oddali przecięły ostatnie salwy strzałów. Noworoczny zapał gasnął z każdą upływającą minutą.

Spod rozbitej maski wydostawał się czarny gryzący dym. Wędrował ku niebu i gęstym kokonem otulał korony pochylonych nad szosą drzew. Zroszona topniejącym śniegiem szosa kręciła w lesie zgrabne piruety, ciągnąc się niczym szarfa zaplątana wokół gałęzi. Rzadko uczęszczana droga w noworoczną noc zamilkła niemal zupełnie. Jaskrawe ślepia stojącego po drugiej stronie jezdni auta ślizgały się po jej gładkiej powierzchni, ukrywając pobocze w smudze gęstniejącego mroku.

Kierowca zgasił światła i otworzył drzwi. Nasłuchiwał, czy coś nadjeżdża z naprzeciwka. Cisza. W sylwestrową noc nikomu nie przyszło do głowy włóczyć się po takich dziurach jak ta bez wyraźnego powodu. Wolał dmuchać na zimne. Oświetlił snopem światła tylną szybę pojazdu. Nie teraz…

Mężczyzna zapiął wełniany płaszcz i schował kostkę krawata pod sterczącym sztywno kołnierzem. Obszedł rozbite auto i zatrzymał się przy szybie od strony kierowcy, jakby zamierzał upewnić się, że wszystko poszło zgodnie z planem.

Kierowca żył. Mężczyzna widział ślady pary na szybie i unoszącą się nieznacznie klatkę piersiową. Gdyby przyłożył do niej dłoń, pewnie wyczułby bicie serca.

Nie mógł tak ryzykować. Z rozbitej głowy kierowcy sączyła się krew. Miał czas, by wrócić na drugą stronę i dokończyć to, nad czym tak długo pracował.

Otworzył bagażnik i wyciągnął bezwładne ciało kobiety. Usiłował zarzucić je sobie na plecy, ale ześlizgnęło mu się z ramienia. Chwycił ją pod pachami i przeciągnął na drugą stronę drogi. Ważyła niewiele ponad pięćdziesiąt kilogramów, przywykł do dźwigania większych ciężarów. Była nieprzytomna. Zacisnął palce pod jej piersiami i szedł w stronę wraku, rozglądając się, czy nic nie wyjeżdża zza zakrętu. Czysto.

Złapał za klamkę tkwiącego w rowie samochodu. Z trudem wciągnął kobietę na tylne siedzenie i okrył ją kocem. Nie mógł pozwolić, by zamarzła.Potrzebował jej. Upewnił się, że zarówno ona, jak i kierowca nie odzyskali przytomności. W przypadku kobiety był pewien, że podwójna dawka środka usypiającego nie pozwoli jej obudzić się za szybko. Zadbał o to.

Zamknął drzwi i kątem oka spojrzał na mężczyznę. Z jego nozdrzy, przyklejonych krwią do kierownicy, wydobywał się urywany oddech, który kreślił na szybie niewyraźne okręgi. Najtrudniejszą część planu miał już za sobą.

Układając w głowie scenariusz, zastanawiał się, czy kierowca zdoła przeżyć wypadek. Martwy nie byłby mu do niczego potrzebny. Wszystko wskazywało jednak na to, że ryzyko się opłaciło. Rozejrzał się po wnętrzu pojazdu; przeszukał kieszenie kurtki mężczyzny, przekopał schowki. I odnalazł to, czego szukał.

Jako zadośćuczynienie zostawił mu pod fotelem mały prezent.

Rozluźnił się. Zeszło z niego ciśnienie, jakby ktoś przebił rosnący mu w żołądku balon. Wrócił do samochodu. Z podajnika pod deską rozdzielczą wyciągnął paczkę papierosów. Wsunął jednego do ust i zaciągnął się z taką rozkoszą, jakby robił to pierwszy raz, w szkolnej ubikacji na przerwie między lekcjami. Miał gdzieś, czy ktoś będzie tędy jechał. I tak nie zauważy niczego na czarnej jak ogon diabła szosie. Wybrał ją nie bez powodu.

Skończył palić, zgniótł niedopałek podeszwą i dla pewności wyrzucił go w głąb lasu. Wolał nie kusić losu. Od lat miał z nim niewyrównane rachunki.

Włączył radio i zaczął wystukiwać rytm na skórzanym obiciu fotela. Głęboki wdech. Wydech. Jeszcze jeden. Ból głowy nie ustępował. Musiał nauczyć się z nim żyć. Uruchomił silnik i odjechał, nie oglądając się za siebie. Wykonał zadanie. Zrobił pierwszy krok.

 

Uryga, gmina Łazy,
styczeń 2018 roku

Wiatr rozgonił chmury. Gdzieś na horyzoncie majaczyła srebrna bryła księżyca, wychylając się zza koron kołysanych wiatrem drzew.

Andrzej Bugaj miał dość sylwestrowej gorączki. Możliwość odreagowania za kółkiem traktował jak świetną wymówkę, żeby świętowanie Nowego Roku zakończyć na dwóch piwach. W końcu musiał zawieźć ich do domu.

Zresztą co tu świętować? Z roku na rok człowiekowi jedynie przybywa lat.

Zerknął w lusterko nad głową. Młody spał, odkąd udało im się przenieść go do samochodu, a córka wciąż klepała w klawiaturę smartfonu, który dziadkowie wręczyli jej pod choinkę. Uśmiechała się i pąsowiała na zmianę, jakby noworoczny entuzjazm przenosił się kliknięciem do wirtualnego świata.

Lucyna wyglądała na wykończoną. Gdy opuścili dom jej siostry i ruszyli w drogę powrotną, zacisnęła dłoń na jego ręce, utrudniając mu zmianę biegów.

Zawsze, gdy udało jej się postawić na swoim, zachowywała się w ten sposób. Chciała okazać wdzięczność za to, że spędził z rodziną więcej czasu niż zwykle, co z uwagi na nieregularny czas pracy i romans na boku wymagało coraz większej ekwilibrystyki. Specjalnie nad tym nie ubolewał.

Kochał ją, ale zdawał sobie sprawę, że po dwudziestu latach małżeństwa coś się między nimi wypaliło. Pożądanie ustąpiło miejsca przywiązaniu i zwykłej rutynie. „Ale przecież nic nie konserwuje związku tak jak codzienne rytuały”, powtarzał w myślach, jadąc opustoszałą leśną drogą, bardziej po to, by zająć czymś myśli i nie zasnąć, niż szukać usprawiedliwień.

Wieczór w towarzystwie siostry Lucyny i grupki jej znajomych dłużył się niemiłosiernie, choć trudno o właściwy dystans, gdy człowiek odstawia alkohol, i to grubo przed północą. Nic, odbębnił, co miał odbębnić, ważne, że dzieci się wyszalały, a żona wyglądała na zadowoloną. Jego potrzeby od lat schodziły na dalszy plan i trudno się dziwić, że zaspokajał je poza domem.

Odruchowo spojrzał na wyświetlacz. Zostało sześćdziesiąt kilometrów, potem walnie się do łóżka i pośpi co najmniej do południa. Włączył światła przeciwmgielne i wjechał prosto w gardło ciągnącego się z obu stron lasu. Nie spodziewał się, aby coś nagle wyjechało z przeciwka, a nawet jeśli, po prostu je wyłączy. Robił tak za każdym razem, kiedy jechał tą trasą.

– Sprytnie wybrnąłeś z tych wspólnych wakacji – szepnęła Lucyna, patrząc nieobecnym wzrokiem przed siebie. Odkąd w ich ustabilizowanym życiu pojawiło się drugie dziecko, wrócili do zarzuconej lata temu praktyki i rozmawiali szeptem, by nie zbudzić syna. „Nie ma nic gorszego od niewyspanego dziecka”, powtarzali zgodnie. I choć Mikołaj skończył siedem lat, to podświadomie, dla świętego spokoju, trzymali się tej zasady.
– Dobrze wiesz, że to kiepski pomysł.
– Wiem – odparła przekornie. – Zdążyłam się przyzwyczaić do tego, że siedzimy sami w naszej norze przez okrągły rok. To dużo lepsza rozrywka.
– Nie przesadzaj. Gdy dzieci były małe, spędzaliśmy z nimi każde wakacje.
– Przesadzam? – prychnęła. – Nie utrzymujesz żadnych kontaktów z ludźmi, nie licząc tego, że raz na tydzień zawieziesz Mikołaja na basen. No, góra dwa, jeśli ma akurat gimnastykę korekcyjną.

Był zbyt zmęczony, żeby się kłócić, dlatego nie ciągnął wątku. Zmienił bieg i wbił pedał gazu w podłogę. Odkąd ruszyli w drogę powrotną, nie widział na drodze żadnego pojazdu. Marzył jedynie o prysznicu i miękkiej pościeli.

– Dzieci powinny mieć kontakt z rówieśnikami, nie myślałeś o tym? – Żona najwyraźniej nie zamierzała odpuścić. Otwierała wciąż nowe pola konfliktu.
– Chodzą do szkoły, na zajęcia pozalekcyjne, na urodziny do znajomych z klasy – wyliczał. Wolał przemilczeć, że słono za te przyjemności płaci. – Nie trzymam ich pod kloszem! I tak przez większość czasu gapią się w monitor.
– To nie to samo – upierała się, zadowolona z tego, że się uniósł.

Wałkowali ten temat na okrągło. Był nim zmęczony, w końcu ile razy można kłócić się o to samo? Droga skręcała ostrym łukiem w lewo, zwolnił więc, czując, że koła ślizgają się na zmarzniętej nawierzchni. Z doświadczenia wiedział, że powinien tu zachować szczególną ostrożność.

Wydawało mu się, że zauważył coś przed sobą. To sarna? Wiele razy widział, jak wyskakiwały na jezdnię i w ostatniej chwili pierzchały przed maską rozpędzonego samochodu, dlatego wcisnął ostrożnie hamulec i pochylił się nad szybą, gapiąc się w pustą przestrzeń. Czuł mrowienie na skórze.

– Chcesz nas pozabijać? – odezwał się głos z tylnego siedzenia. Córka pokręciła głową niedowierzaniem, a gdy nie zareagował, wsunęła z powrotem słuchawki na uszy i wróciła do wpatrywania się w rozjaśniony ekran telefonu.
– Przepraszam… – odparł, chociaż miał ochotę przywołać ją do porządku.

To nie była sarna. Nie czuł żadnego uderzenia, mimo to serce wciąż pracowało na pełnych obrotach. Bugaj był przekonany, że dostrzegł ludzką sylwetkę zmierzającą niespiesznie w ich kierunku. Jak to możliwe?

Na zmianę zamykał i otwierał oczy, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności. Nie przywidziało mu się. Niewyraźna postać znów nabrała kształtu.

– Cholera! – zaklął pod nosem i zjechał na krawędź jezdni. Stanął na poboczu, nie chciał spowodować żadnego wypadku. Włączył awaryjne.
– Co się stało? – dopytywała Lucyna, przyglądając się, jak mąż wysiada z auta.
– Zaczekajcie w środku – odparł i wykonał uspokajający gest. Bał się.

Kobieta szła środkiem jezdni w ich stronę. Miała na sobie jeansy i koszulę, jej nagie stopy zdawały się płynąć po lodowatej nawierzchni. Stawiała kroki niepewnie, jakby nie stąpała po stabilnym gruncie, tylko się w nim zapadała. Zaplotła ramiona ciasno na piersi. Drżała.

Z każdym krokiem widział ją wyraźniej. Z jej twarzy, umazanej czymś, co przypominało zaschniętą krew, bił nienaturalny spokój, jakby pogodziła się z tym, co nieuniknione, i z godnością przyjmowała to, co przynosił jej los. Jakby znalazła się w równoległej rzeczywistości, oderwana od tu i teraz.

Andrzej Bugaj zastygł w bezruchu. Wciąż nie wiedział, co powinien zrobić: podejść do niej czy zaczekać, aż ona zbliży się do niego. Rysy jej twarzy stawały się wyraźne, a potargane, zakrwawione ubranie odsłaniało coraz więcej tajemnic. Kobieta słaniała się na nogach i mówiła coś do siebie pod nosem, jakby odpędzała złe duchy. Zdawała się go nie zauważać.

Zaschło mu w gardle. Nie zdołał wydusić słowa i stał jak zahipnotyzowany.

Usłyszał za plecami dźwięk otwieranych z impetem drzwi.

Kątem oka zobaczył żonę biegnącą w kierunku półprzytomnej dziewczyny. Złapała ją wpół i obie upadły na lodowatą jezdnię niczym marionetki, które ktoś wypuścił z rąk. Wszystko trwało ułamek sekundy. Żona zdołała dźwignąć się na kolana, odwróciła się do niego i krzyknęła zdecydowanie:
– Weź koc z bagażnika, szybko!

Zrobił, co kazała. Otworzył bagażnik i zaczął przerzucać rupiecie, które leżały tam przynajmniej od lata, szukając czegoś, czym mógłby okryć zmarzniętą dziewczynę. Koc. Bluza żony. Złapał je i pobiegł przed siebie, mijając po drodze zaskoczoną córkę. Obserwowała tę niedorzeczną sytuację.

– Zadzwoń po pogotowie! – Chwycił ją za rękę i powtórzył, gdy wyciągnęła słuchawki z uszu. – Słyszysz mnie? Zadzwoń po karetkę!

 

Kreft, Sosnowiec,
styczeń 2018 roku

 

Robert Kreft obudził się po szóstej. Zwykle wstawał wcześnie, dręczony koszmarami lub bezsennością, ale tej nocy nawet one zrobiły sobie wolne.

Źle sypiał poza domem, dlatego nie zwalał całej winy na sylwestrowe szaleństwo, tym bardziej że w jego przypadku oznaczało ono zwykle rysowanie do późna ze słuchawkami na uszach. W tym roku zrezygnował z tego rytuału i spędził noc z Igą. O drugiej odwiózł ją do mieszkania w centrum miasta i stwierdzili, że nie ma sensu, żeby wracał z powrotem do siebie.

Wygrzebał się z łóżka, nie chcąc jej zbudzić, i doczłapał do znajdującej się na końcu korytarza łazienki. Czas zmyć z siebie podły noworoczny nastrój.

Stanął przy umywalce naprzeciw drzwi, sięgnął po kubek i wypłukał usta zimną wodą. Z trudem przyzwyczaił się do sztucznego światła. Wszedł pod prysznic. Strumień wody zahartował ciało przed uderzeniem zimna.

Ściągnął ręcznik, wytarł się i włożył spodnie od dresu. Przyglądał się sobie w lustrze; tygodniowy zarost łączył się z krótko przystrzyżonymi włosami i oplatał twarz komisarza wydziału kryminalnego, dodając mu charakteru. Tu i ówdzie w gęstej oprawie ciemnego zarostu przebijały srebrne nitki.

Nie zamierzał walczyć z upływem czasu. Uważał to za przejaw próżności.

Wszedł do kuchni. Wstawił wodę na kawę, rozgrzał masło na patelni, wbił jajka i je zamieszał. Stał przy otwartej lodówce i zastanawiał się, czy nie wkroić pomidorów i szynki. Uznał, że odrobina soli i szczypiorek wystarczą. Nie zauważył, kiedy usiadła przy stole. Na spodnie od piżamy i koszulkę narzuciła szlafrok. Bez makijażu wyglądała naturalnie i dziewczęco.

– Skąd wiedziałeś, że mam ochotę na jajecznicę? – Iga spięła gumką opadające jej na czoło ciemne pasemka włosów.
– Bo jest najlepsza na kaca – odparł i włożył patelnię do zlewu, po czym ją opłukał.
– Bardzo śmieszne. Obiecaj, że jeśli padnę na twarz po dwóch lampkach wina, to nie zawahasz się i dobijesz mnie poduszką – droczyła się z nim.

Wypili wieczorem po dwie lampki wina i obejrzeli komedię na Netfliksie, korzystając z okazji, że rodzice Igi zabrali wnuka do Wisły. O północy Antek zadzwonił, by złożyć Idze życzenia. Z trudem odkleiła głowę od poduszki, wytrwała jeszcze dwie godziny i stwierdziła, że wraca do siebie.

– Obiecuję, że ręka mi nie zadrży. Napijesz się kawy? – zaproponował.

Ziewnęła, co wydawało się odpowiedzią lepszą niż tysiąc zbędnych słów.

Kreft wręczył jej filiżankę kawy ze spienionym mlekiem. Sam pił podwójne espresso. Nie lubił mleka. Zraził się do niego w dzieciństwie i twierdził, że zajeżdża szmatą do mycia podłóg. Pamiętał tęgą kucharkę w szkolnej stołówce, która podawała im wyszczerbione kubki przez okienko wybite w ścianie. Na samą myśl czuł na podniebieniu smak przypalonego kożucha.

Na zewnątrz wciąż było ciemno. Temperatura utrzymywała się na poziomie kilku stopni powyżej zera, co zapowiadało ciepły początek stycznia i błoto na ulicy po roztopach. Nocą chwytał mróz, a na drogach robiła się szklanka.

– Jest Nowy Rok, a my wstaliśmy po szóstej. Strach pomyśleć, co będziemy robić, gdyby przyszło nam się wspólnie zestarzeć – zaśmiała się Iga i popiła pierwsze kęsy śniadania solidnym łykiem kawy.

– To prawda, fantazji nam nie brakuje. – Komisarz myślał o telefonie, który odebrał przed północą. Nie chciał psuć im wieczoru i odłożył to na później.

W przesyłce wysłanej do jednego z mieszkań niedaleko centrum miasta znajdował się fragment ludzkiej skóry z bliznami przypominającymi ślady po przypaleniach. Poprosił o wysłanie zdjęć na skrzynkę mailową.

Po drodze do Igi odwieźli ojca. Kreft próbował go przekonać, aby przespał się na kanapie w salonie, skoro większość wieczoru i tak spędził, drzemiąc w fotelu. Wreszcie skapitulował i odstawił go do domu. Nie miał siły się z nim spierać. Komisarz zastanawiał się, co oznacza zawartość przesyłki. Ktoś przypomniał mu o zdarzeniach sprzed lat. O wypadku, o którym wiedziało raptem kilka osób. I który dawno zagrzebał w pamięci. Nie wierzył w przypadki.

Wyobrażał sobie wycinek skóry dołączony do przesyłki i wysłany do studentki, u której znaleźli kasetę VHS z zapisem zbrodni popełnionej wiele lat temu. Taśma dotyczyła innej sprawy, za to fragment skóry podświadomie skojarzył ze swoją przeszłością. Wypalone wzory wziął za ostrzeżenie.

– Robert? Słyszysz, co do ciebie mówię? – ledwie dotarł do niego głos Igi.
– Słyszę – skłamał. Wyłączył się.
– Odbierzesz Antka od rodziców? Wracają o piętnastej, ja się nie wyrobię. Mam spotkanie z klientem na mieście. Może się ze mną zobaczyć tylko dzisiaj i nie chce tego przełożyć. Wiem, że to dziwne, ale jest szansa na naprawdę ciekawy projekt.
– Pojadę na dworzec, zjemy coś na mieście i zaczekamy u mnie. Wracam do pracy jutro, a i tak nie ma nic na tapecie. – Pożałował tych słów od razu, gdy je wypowiedział. Telefon na stole zawibrował nerwowo. Zły znak.

Odblokował ekran. Nieodebrana wiadomość. Rybicka. „Oddzwoń, to pilne”.

Dokończył śniadanie. Wstał od stołu bez słowa. Iga czuła, co się święci. Spotykali się zaledwie od kilku miesięcy, wiedziała jednak, na co się pisze, umawiając się z komisarzem wydziału kryminalnego policji. Milczała.

– Przepraszam. Muszę oddzwonić. – Wybrał numer Rybickiej i zniknął w korytarzu.

 

__

 

Dwadzieścia minut później dotarł na miejsce. Obszedł wrak samochodu z każdej strony i nie mógł zrozumieć, w jaki sposób zakończył on podróż w rowie. I jak Błażej Uryga z tego wyszedł. Droga była w przyzwoitym stanie; żadnych kolein, przejezdna, chociaż śliska. Według relacji patrolu, który dotarł na miejsce, sanitariusze ułożyli rosłego policjanta na noszach i zawieźli do szpitala. Żył, lecz w dalszym ciągu nie odzyskał świadomości.

Zapewniali, że sytuacja wyglądała dziwnie. W zaparkowanym kilkadziesiąt metrów stąd radiowozie siedziała skulona dziewczyna i trzęsła się z zimna. Gdyby nie ich interwencja, pewnie udusiłaby Urygę gołymi rękami. Kreft wciąż rozmyślał o okrucieństwie, jakie wyłaniało się z jej zeznań.

Nie udało mu się jej przesłuchać. Podobnie jak Uryga, trafiła już do szpitala. Była roztrzęsiona, miała gorączkę. Zdał się na strzępy zdań, które wyrzucała z siebie pod wpływem emocji, oraz na relację patrolu, który pierwszy dotarł na miejsce i chwilę z nią porozmawiał.

Dziewczyna zapewniała, że przez kilka dni była więziona o chlebie i wodzie w stodole lub podobnym miejscu z inną kobietą. Nie znała jej. Zakneblowano im usta, aby nie mogły się porozumiewać. Nie pamiętała, w jaki sposób tam trafiła ani jak znalazła się na drodze. Ocknęła się dopiero w leżącym w rowie samochodzie i wyszła poszukać pomocy. To wszystko.

Gdy szok minął, zamknęła się w sobie. Dotarł do niej ogrom krzywd, jakich doznała. Chęć przetrwania za wszelką cenę znieczuliła ją na ból.

Lekarz pogotowia, który zbadał ją po przyjeździe na miejsce, stwierdził, że dziewczyna jest w fatalnym stanie psychicznym i przesłuchanie nie będzie wiarygodne. Nie miała ze sobą żadnych dokumentów. Zmieniała zeznania, nie potrafiła przypomnieć sobie własnego nazwiska. Potrzebowała spokoju, żeby dojść do siebie.

Zespół pogotowia zajął się Błażejem Urygą, a do niej wezwał drugą karetkę. Policjant był w stanie stabilnym, choć wydawał się solidnie poturbowany.

Kreft szedł wzdłuż krętej drogi, ciągnącej się w ramionach gęstego lasu, w stronę mężczyzny opartego o drzwi srebrnego volkswagena. Widział, jak tamten przekłada papierosa z jednej ręki do drugiej, próbując zająć czymś myśli. W samochodzie siedziało kilka osób – świadczyły o tym zaparowane szyby.

– Robert Kreft, wydział kryminalny policji. To pan znalazł tę dziewczynę?

Mężczyzna zmierzył go nienawistnym spojrzeniem. Najwyraźniej miał dość odpowiadania na ten sam zestaw pytań. Zaciągnął się dymem i odburknął:
– Ja. Sądzi pan, że nie mam do roboty nic ciekawszego od wystawania w tej dziurze kolejną godzinę i recytowania w kółko tego samego?
– Proszę powiedzieć, co tu się stało. – Kreft nie pozwolił się sprowokować.
– To bez sensu. Ciągle przepytują nas nowi ludzie, jeden ważniejszy od drugiego, i każdy pyta o to samo. Chcę wrócić do domu i zapomnieć o tym wszystkim.
– Nikt z nas nie jest tu dla przyjemności – upomniał go. – Proszę opowiedzieć wszystko od początku. Jeśli uznam, że to wystarczy, będzie pan wolny.

Bugaj wiedział, że niewiele wskóra. Zaciągnął się papierosem i teatralnie westchnął. Z pomocą przyszła mu żona. Uchyliła drzwi od strony pasażera i stanęła obok komisarza. Była młodsza od męża, nie pasowali do siebie. Kreft zrozumiał, że w pewnym wieku wygodniej ciągnąć ten wózek razem.

– Ja wyjaśnię – wtrąciła i przysiadła na masce. – Wracaliśmy z imprezy sylwestrowej u siostry, wie pan, zwykłe rodzinne spotkanie. Gdzieś w połowie drogi zza zakrętu wyszła ta dziewczyna. Szła spokojnie wzdłuż jezdni, jakby się zgubiła albo czekała, aż ktoś ją potrąci. W koszuli, bez butów. Wyobraża pan sobie? Noc nie była rekordowo zimna, ale proszę mi wierzyć, trzęsłam się na sam jej widok, naprawdę – podkreśliła z przejęciem.

Kreft zajrzał do środka. Na tylnej kanapie zauważył dwoje dzieci. Chłopiec spał, a siedząca obok nastolatka nie odrywała wzroku od smartfonu, jakby cały świat mieścił się w jego plastikowej obudowie. Bugaj siedział w fotelu kierowcy i wyrywał gałkę radioodbiornika. Poirytowany, manewrował nią we wszystkie strony.
– Mówiła coś, gdy udzielaliście jej pomocy?
– Nic. W ogóle nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Okryłam ją kocem i wsadziłam do auta, a córka zadzwoniła po pogotowie. Wydawało mi się, że jedzie do nas kilka godzin, czas dłużył się niemiłosiernie. Wreszcie zabrali ją do karetki,
a nam kazali czekać. Tylko nie wiem na co. – Spojrzała na Krefta wymownie, a po chwili dodała:
– Jesteśmy naprawdę zmęczeni, możemy wracać do domu?
– Oczywiście. Dziękuję za pomoc. W razie czego odezwę się do państwa. W odpowiedzi usłyszał trzaśnięcie drzwiami i warkot pracującego silnika.

Po drugiej stronie szosy czekał ambulans, który pierwszy dotarł na miejsce. Ratownicy porozmawiali z dziewczyną i odprowadzili ją, otuloną w połyskującą folię, do drugiej karetki. Wyglądała jak szeleszczący cukierek. Kreft machnął ręką na kierowcę, żeby zaczekał, i podszedł bliżej.

– Jak on się czuje? – zapytał chudego sanitariusza w okularach, który wyszedł z auta i gapił się w niebo. Wyglądał na niewyspanego i wkurzonego, że musi zostać i składać relację policjantowi.
– Wyliże się. Ma poharataną twarz, niegroźne rany i stłuczenia, połamane żebra. Stracił sporo krwi, ale odzyskał przytomność i oddycha samodzielnie. Ważne, że nie ucierpiał kręgosłup, bo facet skończyłby na wózku inwalidzkim. Musimy sprawdzić, czy nie ma wstrząśnienia mózgu. Nie wie, jak doszło do wypadku – uprzedził następne pytanie komisarza.
– Co z dziewczyną? – Kreft zdał sobie sprawę, że od tego powinien zacząć.
– Nie mogliśmy zabrać ich razem, dlatego ściągnęliśmy drugi zespół. Jest odwodniona i wyziębiona, ale jej życiu nic nie zagraża. Z pewnością jest w szoku. Nie ciągnąłem jej za język, to nie nasze zadanie – podkreślił i skinął na radiowóz. – Miejscowi usiłowali z nią porozmawiać.

„I niewiele zdołali ustalić”, dopowiedział w myślach Kreft. Dziewczyna niewiele pamiętała. Zapewne porywacz czymś ją nafaszerował.
– Gdzie go zabrali?
– Na SOR. Do Centrum Urazowego – odparł sanitariusz i wsiadł do auta.

Zaczęło świtać. Świat odsypiał noworoczne szaleństwo. O trzeciej Kreft miał odebrać Antka z dworca. Obiecał to Idze i nie chciał jej zawieść.

Uznał, że wróci do miasta, napije się kawy i wstąpi do antykwariatu w pasażu pod dworcem po jakąś książkę. Musiał zebrać myśli. Odreagować.

Wibrujący telefon sprawił, że po raz kolejny zweryfikował plany.

Fragment książki „Blizna” Przemysława Żarskiego.Blizna Przemysław Żarski