Fragment „Immunitetu” Remigiusza Mroza, czyli kolejnej części bestsellerowej serii prawniczej z Chyłką i Zordonem w rolach głównych!

immunitet-data-premiery

 

 

Rozdział 1
Wniosek
1
Szpital bielański, Warszawa

 

 

 

 

Noc była jednomyślna. Przeszłość nie zamierzała dać za wygraną, teraźniejszość nie chciała trwać, a przyszłość zdawała się nie nadchodzić.

Joanna Chyłka przypuszczała, że udałoby jej się zasnąć jedynie wtedy, gdyby podano jej końską dawkę środków nasennych. Tymczasem lekarze robili coś zupełnie odwrotnego. Do szpitala trafiła nieprzytomna i natychmiast podłączono ją pod kroplówkę, a potem zacewnikowano. Przetoczono płyny, wykonano rutynowe badania i przeniesiono ją do kilkuosobowej sali. Dla lekarzy i pielęgniarek była to noc jak każda inna. Pacjentów z zatruciem alkoholowym było na pęczki, choć zazwyczaj nie trafiali na Bielany w środku
tygodnia.

Zazwyczaj nie byli także renomowanymi prawnikami, partnerami w jednej z największych warszawskich kancelarii, Żelazny & McVay.

Chyłka objęła to stanowisko dzięki manipulacji, bezwzględności i sprytowi, czyli dokładnie tak, jak sobie to niegdyś wymarzyła. Nigdy nie miała zamiaru być jedną z tych prawniczek, które długimi latami tkwią w miejscu, czekając, aż zwolni się miejsce, bo któryś z partnerów przeszedł na emeryturę.

Nie planowała też jednak tego, że kiedyś aparatura medyczna będzie przetaczać przez jej ciało litry płynów, by wypłukać z niego alkohol.

Poruszyła się nerwowo i odchrząknęła. Gardło ją zabolało, zupełnie jakby w środku lata wybrała się na długi bieg w pełnym słońcu i przez dwie godziny nie miała czym choćby zwilżyć ust.

Rozejrzała się po ciemnej sali. Jedynym źródłem światła była latarnia na parkingu, ale w półmroku dostrzegła kilkoro innych pacjentów. Wszyscy spali.

Po Kordianie Oryńskim nie było śladu, choć przypuszczała, że to właśnie on ją tutaj przywiózł. O ile pamiętała, odwiedził ją w mieszkaniu, kiedy była w trakcie opróżniania butelki swojej ulubionej, meksykańskiej wódki. Dał jej soku z cytryny, mówił coś o ojcu, ale niczego więcej nie potrafiła sobie przypomnieć. Może to i dobrze.

Noc naprawdę wydawała się zdeterminowana, by nie dać jej wytchnienia. Joanna miała wrażenie, że czas jest jej przeciwnikiem, z którym uporczywie się siłuje. Stara się popchnąć go do przodu, przesunąć swoje życie o minutę dalej, tymczasem coś wciąż zdaje się ją hamować.

Dotrwała jakoś do rana, nie zmrużywszy oka. Nie wzywała pielęgniarki ani lekarza dyżurującego. Wyszła z założenia, że nic dobrego to nie przyniesie. Musiała się napić, a żadne z nich nie mogło jej w tym pomóc.

Zanim wzeszło słońce, zdążyła kilkakrotnie podjąć decyzję, że wstanie, pójdzie do dyżurki i natychmiast się wypisze. Ledwo jednak podnosiła rękę, opuszczały ją siły. Rankiem zresztą nie było lepiej.

W końcu zasnęła na kilka godzin, a kiedy się obudziła, wydawało jej się, że cofnęła się do przeszłości. Otworzywszy oczy, zobaczyła nad sobą twarz człowieka, którego nie widziała od czasów studenckich. I którego zbyt dobrze nie wspominała.

We wszystkich uczelnianych turniejach sądowych, namiastkach anglosaskich moot courtów, występowali zawsze przeciwko sobie. Prowadzący niejednokrotnie musieli nakładać na nich improwizowane kary porządkowe, tak zacietrzewieni się stawali.

A mimo to właśnie Sebastian Sendal stał teraz przy jej łóżku. I trzymał bukiet kwiatów, których zapach działał na nią drażniąco.

– Co to za badyle? – wychrypiała.

Sebastian uniósł brwi i nie odpowiadał. Chyłka odchrząknęła.

– Przynosisz mi śmierdzące chabazie, to się tłumacz.

Sendal przestąpił z nogi na nogę. Nie sprawiał takiego wrażenia, jakie powinien. Joanna wiedziała, że był najmłodszym sędzią, jakiego kiedykolwiek wybrano do Trybunału Konstytucyjnego. Mówiło się o nim, że jest nadzieją polskiej judykatury, że zajdzie wysoko, a ostatecznie może nawet kiedyś przewodniczyć Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Teraz jednak wyglądał jak zagubiony student, który nie wie, czy dziś przypadkiem miało być kolokwium, czy nie.

– Połóż to gdzieś albo wyrzuć do kosza – poradziła mu Joanna. – A potem mów, co tu robisz? I gdzie jest Zordon?

– Kto?

Sebastian potoczył wzrokiem po sali, jakby spodziewał się, że gdzieś znajdzie flakon.

– Oryński.

– Ten twój aplikant?

– Żaden ci on mój.

– Myślałem, że…

– Źle myślałeś – ucięła. – Siadaj.

Skoro wiedział, o kogo chodzi, musiał śledzić doniesienia medialne na jej temat. Kordian pojawiał się w nich równie często jak ona, nawet jeśli formalnie nie prowadzili danej sprawy razem. Chyłka zmrużyła oczy i przyjrzała się Sendalowi. Właściwie sama również doskonale orientowała się, co u niego. Nie utrzymywali kontaktu, ale była na bieżąco – to, czego nie mówiły jej media, dopowiadał Facebook. Na dobrą sprawę nie musiała nawet o nic pytać, by wiedzieć, z kim się ożenił, gdzie spędzał wakacje, na jakie filmy chodził do kina, kiedy i w którym szpitalu urodził się jego chrześniak i jak wyglądał. Nieciekawie, jak każde inne nowo narodzone dziecko.

Sendal przysiadł na łóżku.

– Co tu robisz? – zapytała.

Znów się rozejrzał.

– Dobre pytanie.

– Na które powinieneś odpowiedzieć w ciągu kilku sekund.

– Mhm.

– Więc? Jesteś ostatnią osobą, której bym się spodziewała. Nabrał tchu i poprawił poły marynarki. Nosił dobry garnitur, jakby pracował w sektorze prywatnym, nie publicznym. A może był to już nieaktualny stereotyp? Chyłka miała wrażenie, że minął czas siermiężnie ubierających się prokuratorów i sędziów, którzy toporność prawa zdawali się przenosić na swoją powierzchowność. Teraz śledzili trendy, mieli modne marynarki, a krawaty wiązali dokładnie tak, jak największe gwiazdy Hollywood podczas oscarowej gali.

Sebastian bez wątpienia należał do nowego pokolenia jurystów. W połączeniu z jego kompetencjami i pewnością siebie otwierało mu to wiele drzwi. Tyle że w tym konkretnym momencie nie przypominał samego siebie.

– Zadzwoniłem do Żelaznego & McVaya i…

– To nigdy nie prowadzi do niczego dobrego – wpadła mu w słowo. – Ale w porządku, mów dalej.

– Próbowałem cię namierzyć, słyszałem, że wróciłaś do firmy.

– Dobre wieści podróżują szybko.

– Te złe jeszcze szybciej.

Joanna uniosła brwi.

– W każdym razie powiedzieli mi, że jesteś w szpitalu.

Zastanawiała się, kto był tak wylewny. Zordon z pewnością nie, on doskonale wiedział, że nawet liche kłamstwo będzie lepsze od prawdy. Ale w kancelarii było wiele osób, które chętnie podzieliłyby się tą wieścią z Sendalem.

– Pomyślałem, że cię odwiedzę – dodał Sebastian. – Bo jeśli nic się nie zmieniło od studiów, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że nikt nie przyniesie ci kwiatów. A właściwie że nikt do ciebie nie zajrzy.

Chyłka w istocie miała nadzieję, że tak będzie.

– Co ci powiedzieli?

– Że masz jakieś problemy zdrowotne.

– Tylko tyle?

– O więcej bym nie pytał.

– W porządku – mruknęła. – Przejdźmy więc teraz do tematu, który interesuje mnie najbardziej. Co tu robisz, do cholery? I dlaczego potrzebujesz mojej pomocy?

– A kto powiedział, że…

– Mów, nie mam całego dnia.

Spojrzał na łóżko, a potem przeniósł wzrok na pozostałych pacjentów. Najwyraźniej za punkt honoru postawili sobie udawanie, że nie słyszą toczącej się rozmowy.

– Leżysz w szpitalu, czasu masz pod dostatkiem.

– Niedługo wychodzę.

– Nie wygląda na to.

– Nieważne, jak co wygląda. Pozory są po to, by mylić.

Sebastian otworzył usta, ale się nie odezwał. Przez moment wyglądał, jakby starał się upchnąć myśli gdzieś z tyłu głowy, nie pozwalając im stać się słowami. W końcu skinął głową.

– Zostałem oskarżony o popełnienie przestępstwa.

Joanna spojrzała na niego z powątpiewaniem.

– Nie mogą cię o nic oskarżyć, chroni cię immunitet.

– Formalnie nie wniesiono jeszcze aktu oskarżenia, ale wiem, że to tylko kwestia czasu.

Tego jeszcze nie było. Jeśli pamięć jej nie myliła, żaden sędzia Trybunału Konstytucyjnego nie został ani pozbawiony immunitetu, ani tym bardziej oskarżony o jakiekolwiek przestępstwo.

W okamgnieniu zapomniała o kroplówce, ledwo uświadomionym bólu głowy, suchości w gardle… a przede wszystkim o tym, że jest trzeźwa jak niemowlę. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem mogła to powiedzieć.

To, co działo się w ostatnich dniach, ostatnie sprawy, którymi się zajmowała… wszystko sprawiało wrażenie wspomnień należących do kogoś innego.

Skupiła myśli na Sendalu. Uznała, że skoro pamięć odmawia współpracy w sprawie nieodległej przeszłości, najlepiej będzie, jeśli skoncentruje się na teraźniejszości.

– Jesteś pewien, że będą chcieli postawić zarzuty?

– Tak.

– Pozostali sędziowie uchylą ci immunitet?

– Nie wiem – odparł z wahaniem. – Ale… nie, chyba nie. Nie sądzę.

Jej również nie wydawało się, by był to realny scenariusz. Mimo że – jak na grupę wybitnych prawników przystało – członkowie Trybunału potrafili skakać sobie do gardeł, solidarność zawodowa miała się w najlepsze, jak w każdym innym organie sądowniczym.

Chyba że oskarżenie naprawdę coś miało. To zmieniałoby postać rzeczy.

– O co cię oskarżą?

– Zabójstwo.

– Co proszę?

– Prokurator postawi mi zarzut z artykułu sto czterdzieści osiem, Chyłka. Muszę powtarzać?

– Nie. A nawet nie powinieneś tego robić, jeśli nie chcesz działać mi na nerwy.

Przez chwilę milczeli. Właściwie mogłaby szeptem zapytać go, czy prokuratura ma mocny materiał, albo jeszcze ciszej zagadnąć, czy rzeczywiście zrobił to, o co został oskarżony. Odpowiedzi na te pytania niespecjalnie ją jednak interesowały.

– Można to wygrać? – zapytała.

– Nie wiem. Być może.

Brzmiało to całkiem nieźle, uznała w duchu. I nadawało się w sam raz na sprawę, dzięki której mogłaby wrócić na należne jej miejsce w palestrze. Wprawdzie pozycję w kancelarii odbudowała, ale renoma w środowisku to co innego. Tego nie osiągnie w jeden dzień. Chyba że wybroni przed zarzutami sędziego Trybunału Konstytucyjnego.

Zmrużyła oczy.

– Dopiero co zostałeś wybrany – powiedziała. – Immunitet będzie cię chronił jeszcze przez dziewięć lat.

– Mhm.

– Nie zdążyłeś też jeszcze nikomu podpaść. A władza od momentu wyboru się nie zmieniła.

– Zgadza się.

– Więc prokurator, który zamierza postawić ci zarzuty, albo jest samobójcą, albo zebrał naprawdę dobry materiał dowodowy.

– Kiedy tak stawiasz sprawę…

– Biorę to.

– Słucham?

– Coś ewidentnie jest na rzeczy – rzuciła, podciągając się do wezgłowia. – Ale możesz spać spokojnie. Jak tylko stąd wyjdę, będziesz reprezentowany przez kancelarię Żelazny & McVay.

Zanim zdążył się odezwać, posłała mu lekki uśmiech, który znikł z jej twarzy tak szybko, jak się pojawił. Wskazała mu wzrokiem drzwi.

– Na razie to tyle – oznajmiła. – A teraz wracaj na Szucha i zacznij węszyć.

– Węszyć?

– Ktoś wziął cię na celownik, Sendal. Rozeznaj się w temacie, żebym wiedziała, do kogo sama mam wymierzyć.

Chwilę później opuścił salę, a Chyłka wezwała pielęgniarkę. Oznajmiła, że wychodzi na własne żądanie i będąc w pełni władz umysłowych, domaga się dostarczenia jej odpowiednich dokumentów.

Formalności załatwiła w dyżurce pielęgniarek. Kiedy wróciła do sali, zobaczyła, że ktoś wstawił chwasty od Sendala do niewielkiego flakonu. Zainteresowało ją jednak co innego. Tuż obok stał drugi wazon, a w nim pojedyncza czarna róża. Nietypowy prezent, choć dla kobiety uwielbiającej Iron Maiden być może adekwatny.

Podeszła do kwiatka i zobaczyła, że tuż obok leży złożona na pół kartka papieru. Otworzyła ją i przebiegła wzrokiem krótką wiadomość. Sprowadzała się do jednego zdania.

„Zostaw tę sprawę, jeśli nie chcesz problemów”.

 

Premiera Immunitetu Remigiusza Mroza już 31 sierpnia!

Chcesz wiedzieć więcej o Remigiuszu Mrozie i jego książkach? Kliknij TU!

 
Fragment wstawiono w ramach Mrozobrania!